(Marek Chromicz, "Nowiny Jeleniogórskie" - 29.09.1998)

17 tajemnych miejsc

      Okolice Kamiennej Góry, a także samo miasto, pełne są tajemniczych miejsc i niezbadanych podziemi. Kilka z nich to rozległe podziemne kompleksy, których prawdziwych rozmiarów można się dziś tylko domyślać. W samym mieście znana jest lokalizacja co najmniej czterech zespołów podziemnych sztolni i komór, a w najbliższej okolicy miasta kolejnych trzynastu. Niektóre z nich są częściowo spenetrowane, ale jak się zdaje, żaden z nich nie jest rozpoznany do końca. Nawet tam, gdzie duża część podziemnych obiektów jest w jakiś sposób dostępna, znajdują się ukryte miejsca za sztucznie wywołanymi zawałami, których usunięcie wymaga ogromnego nakładu sił i środków. Wiadomo też, że żaden z obiektów, których budowę prowadzono niemal do ostatnich dni wojny, nigdy nie został ukończony. Niemal wszystkie znane podziemne obiekty w tej okolicy mają charakter produkcyjny, a ich budowę ułatwiało istnienie w okolicach Kamiennej Góry dziesiątków starych kopalń, sztolni i wyrobisk, które radykalnie przed i w czasie wojny poszerzono, rozbudowano i unowocześniono. W ten sposób można było budować nie tylko taniej i łatwiej ale i bardziej skrycie. To zaś miało szczególne znaczenie pod koniec przegrywanej właśnie wojny. Pewien autochton opowiada, że już jesienią i zimą 1944 roku w okolicy Kamiennej Góry mówiono, że w podziemiach przygotowywane są warunki do szybkiego a tajnego wznowienia produkcji już po wojnie. Spodziewano się bowiem, że podobnie jak po I wonie światowej, na Niemcy także po kolejnej przegranej wojnie zostaną narzucone poważne i ostre ograniczenia produkcyjne. W tej sytuacji, licząc się nawet z okupacją Niemiec, zakładano, że po kilku latach uda się tajnie wznowić najpotrzebniejszą produkcję. Gdyby zostały zachowane przedwojenne granice Rzeszy, a nawet gdyby przesunięto je na korzyść Polski do linii Odry i Nysy Kłodzkiej, a tak właśnie długo zamierzano zrobić, podziemne fabryki w Sudetach nie byłyby zagrożone. Dopiero decyzja o ustanowieniu granicy na Nysie Łużyckiej przekreśliła sens ich budowy. Jednak tego nie nikt nie mógł przewidzieć. Dlatego, choć do dziś budzi to zdumienie, roboty w takich obiektach trwały aż do ostatnich dni wojny. Prowadzone tak pedantycznie, że wkraczający Rosjanie w wielu miejscach znajdowali równo, po zmianie, ustawione kopalniane wózki i porządnie złożone przez pracujących w podziemiach więźniów łopaty. O tym że okolice Kamiennej Góry kryją do dziś niejedną tajemnicę, przekonali się ci, którzy kilka lat temu tam właśnie odkryli spory skarbczyk. Niestety, nie wiadomo jak spory, bo odkrywca już dawno opuścił kraj. W środowisku poszukiwaczy wiadomo, że zabrał on tylko ułamek tego co znalazł, więc intensywne poszukiwania tego miejsca trwają nadal. I choć podobno wiadomo gdzie szukać, nikt go jeszcze nie odkrył.
Szpital
      Najbardziej znanym, a ciągle bardzo tajemniczym, kamiennogórskim podziemiem jest szpital ukryty około 40 metrów pod ziemią, który zbudowano w czasie wojny, w południowej części Kamiennej Góry. Według dość wiarygodnych relacji był on połączony z jednym z podmiejskich sanatoriów podziemnym tunelem, w którym kursowała elektryczna kolejka. Podobne połączenie miał on także z niedokończonym lotniskiem, które budowano tuż pod miastem. W tych warunkach szpital mógł być zarówno lecznicą, jak i szpitalnym zapleczem sanatorium oraz podziemnym schronem, nie tylko przeciwlotniczym. Z relacji świadków wiadomo, że lokalizacja niektórych wejść prowadzących do podziemnego szpitala była po wojnie dość dobrze znana. Na początku penetrowali je Rosjanie, którzy jednak kilkakrotnie natrafili na zaminowane zawały, co skutecznie zniechęciło ich do dalszych poszukiwań. Równie nieskuteczne były próby zbadania tych podziemi, podjęte przez polskie wojsko, które ostatecznie zdecydowało się dalsze ich badanie odłożyć na później. Ujawnione po wojnie wejścia wysadzono i ponownie zamaskowano. Jeden z uczestników tamtych wydarzeń opowiada, że w przypadku takich niedokończonych odkryć, Rosjanie byli zainteresowani szybkim uznaniem, że "tam nic nie ma" . W ten sposób ukrywano braki w pracy wywiadu, który o wielkiej ilości podziemnych obiektów w Sudetach nic właściwie nie wiedział. Tak było nawet w przypadku największych podziemi, takich np. jak "Olbrzym" w Górach Sowich, które odkrywano dopiero po zajęciu terenu. Ponieważ niektórym poszukiwaczom udało się zdobyć fragmenty dokumentacji budowy tego szpitala, wiadomo dziś, że zaplanowana i zbudowana tam infrastruktura zapewniała warunki dla funkcjonowania od 280 do 300 łóżek. Wiadomo także, że 9 lub 12 różnych wejść do szpitala zabezpieczonych było gazowo- i ognioodpornymi bramami - śluzami, które pozwalały, dzięki działaniu specjalnego systemu wentylacji, na długie, autonomiczne funkcjonowanie obiektu. Szpital choć jest ukryty głęboko pod ziemią, miał zapewnioną komunikację "poziomą", bo zbudowano go pod dość dużym wzniesieniem. Wspomniany autochton opowiadał, że już pod koniec wojny, korzystając z wolnych powierzchni w szpitalnym podziemiu zbudowano wielką halę wykorzystywaną przez koncern Kruppa na cele produkcyjne. Doprowadzono nawet do tego miejsca dziś już nieistniejącą kolejową bocznicę. Pod tym samym, rozległym górskim stokiem, tyle że od strony zachodniej, budowano inne, podziemne pomieszczenia. O tych robotach zachowały się relacje więźniarek - Rosjanek i Ukrainek, które w liczbie około 150 dłuższy czas tam pracowały, już pod koniec wojny. Niemiec - autochton, dawny obozowy stolarz, który przekazał tę tajemnicę, twierdzi, że kobiety te pracowały tak jak górnicy, właściwie nie wychodząc z podziemi. Choć po wojnie na pewno ujawniono co najmniej trzy wejścia do szpitalnych podziemi, nikt do szpitala chyba nie dotarł. Być może nie warto nawet tego robić, bo jest to przedsięwzięcie bardzo kosztowne. Szczególnie jeśli nic tam nie ma. Zawsze jednak niepokojące jest pytanie, po co Niemcy tak bardzo utrudnili dotarcie do tych wnętrz?
Cmentarna góra
     Innym bardzo interesującym miejscem jest wnętrz góry pod kamiennogórskim cmentarzem. Od strony rzeki pod tę górę prowadzą cztery znane wejścia, których obetonowane korytarze kończą się wielkimi zawałami. Wejścia te, zamaskowane i zawalone, ujawniono dzięki różnym informacjom już kilka lat po wojnie. Według dostępnej dziś wiedzy jest to system łączników prowadzących do kilkusetmetrowego tunelu stanowiącego oś podziemnej fabryki. Wejście do niej jest podobno możliwe także z podziemi cmentarnej kaplicy. Jednak jak dotychczas, chyba nikt do podziemi tą drogą nie dotarł, chociaż wiadomo, że wielu jej poszukiwało. Nie ma też innej możliwości dotarcia do centrum podziemi bez wielkiego nakładu pracy i poniesienia ogromnych kosztów przebicia się przez rozległe zawały. Nie wiadomo nawet, czy jest to możliwe, bo prawdopodobieństwo ich zaminowania jest ogromne. Także i tu rodzi się pytanie, dlaczego tak starannie zawalano wejścia do podziemnych hal. Być może tylko dlatego, by zabezpieczyć na przyszłość ich produkcyjny potencjał, który miał służyć Niemcom tuż po wojnie. Ale jest też i taka możliwość, że wnętrza te kryją majątek kilku wielkich, magnackich, rodzin niemieckich z Wałbrzych i okolic, który zdeponowano w podziemiach.
Antonówka
      Jest to system obiektów, którego część znana dziś jako Antonówka, była tylko fragmentem planowanej znacznie większej całości. Mówi się, że tak jak w Górach Sowich, powstał wielki kompleks podziemi zwany Riese (Olbrzym), tak na terenie od Leśnej i Baworowej aż po Kamienną Górę powstał równie wielki kompleks różnych podziemi zwany Concordia. Do niego właśnie zaliczano Antonówkę. Było to ogromne przedsięwzięcie, wyposażone w linię kolejową, mocno zaawansowane w budowie. Świadkowie potwierdzają, że pod koniec wojny prowadzono tam normalną działalność produkcyjną, na bardzo dużą skalę. W części tych podziemi już po wojnie weszli Rosjanie, którym udało się w czasie opuszczania tego kompleksu unieruchomić system odwadniania, co spowodowało trwające do dziś zatopienie hal i korytarzy. Niektóre przekazy z tamtych czasów potwierdzają, że także w tym miejscu wielokrotnie doszło do eksplozji zastawionych przez Niemców pułapek minerskich, co ostatecznie spowodowało zaniechanie penetracji tego podziemia. Skala produkcji materiałów wojennych była w Antonówce tak duża, że ze względu na bezpieczeństwo podziemi magazyny produkowanej tam amunicji przeniesiono na zewnątrz, do lasu, pod namioty. Niemcy wycofując się, składy te kolejno wysadzali w powietrze, co spowodowało zasypanie okolicznych lasów gradem niewybuchów. Niestety, można je tam znaleźć do dziś. Podziemia Antonówki ciągną się w kierunku Raszowa, Pisarzowic, a także Janowic Wielkich. Jak daleko jednak sięgają, nie wiadomo. W czasie wojny tereny te były słabo zamieszkane, co sprzyjało lokowaniu tam podziemnych, tajnych inwestycji. Niestety nie wiadomo, jak rozległe jest zatopienie tego kompleksu. Niektórzy znawcy tego tematu twierdzą, że Rosjanie dotarli tylko dość blisko od wejść i nigdy nie wdarli się do serca Antonówki, położonej głęboko w górach, na zachód i północ od tych wejść. Podobno do bardzo ograniczonych fragmentów tej części kompleksu można do dziś wejść, co świadczy, że nie wszystko zostało zatopione.
Czemuś to służyło
      W jednym z kamieniołomów przy drodze z Kamiennej Góry na Przełęcz Kowarską do dziś zachowały się wejścia do małego, ale interesującego systemu podziemi. Jedno z nich właściwie zawsze było odsłonięte, jakby zapraszając do penetracji. Drugie, starannie zagruzowane rumoszem skalnym, odkryto przypadkiem. Ono to właśnie prowadzi do dziwnych miejsc, które choć są dostępne, to jednak sprawiają wrażenie jakoś niedokończonych, a sztucznie wywołane zawały poświadczają chęć ukrycia czegoś. W niektórych miejscach są tam zamurowania, za którymi, po wykonaniu odwiertów, znaleziono litą skałę.
Świadek z zawiązanymi oczami
      Takich dziwnych miejsc jest w kamiennogórskim regionie sporo. Nie zbadane do końca są podziemia w okolicach dworca kolejowego w samym mieście, nikt też nigdy nie zbadał tego, jakie roboty wykonywano w starych kopalniach na zachód od miasta. Jest tam takie miejsce, gdzie znajduje się wzorowe gospodarstwo, wręcz opierające się o stare sztolnie. Gospodarstwo to od dawna było odwiedzane przez różnych, ale zawsze wysokiej rangi dostojników państwowych. O tym właśnie miejscu opowiada zeznanie jednego świadka, który już od 1940 roku był robotnikiem przymusowym na obrzeżach Kamiennej Góry. Twierdzi on, że przez cztery lata poznał tę okolicę na tyle dobrze, że gdy zimą 1944/1945 roku wielokrotnie wożono go z zawiązanymi oczami do jednej z kopalń, to dobrze orientował się, gdzie to miejsce leży. Pracował tam przy poszerzaniu i umacnianiu stropu korytarza starej kopalni. Jak opowiada, pewnego dnia udało mu się zaobserwować, w czasie pracy przy wejściu, jak w stronę tej kopalni wspinał się wąż ciężarówek. Niestety, nie widział, czy rzeczywiście tam wjechały. Ale fakt ich ukrycia albo w tej kopalni, albo w okolicy jeszcze tego samego dnia potwierdziły bardzo silne, podziemne wybuchy. W tym miejscu do dziś istnieje wspomniane gospodarstwo, w którym znajduje się drugie już pokolenie autochtonów i które jest coraz bardziej znane jako miejsce spotkań zarówno autochtonów, jak i przyjezdnych Niemców. Tutaj ciągle lubią zaglądać różni "ważni ludzie", a także członkowie starych niemieckich magnackich rodzin. Tych zresztą, głównie Hochbergów, podejrzewa się, że jeden z magazynów gromadzących majątek kilku rodzin stworzyli właśnie w nieodległym Krzeszowie. Dokładnie na linii Krzeszów - wspomniane gospodarstwo stoi w lesie samotny, sporych rozmiarów budynek, który w latach wojny był w zarządzie gestapo. Czego przez dłuższy czas w tym miejscu pilnowała tajna policja? Wiadomo, że właśnie w tym miejscu były chodniki starych kopalni...
 
    Uwaga:
  1. Tekst znaleziony na witrynie WWW: http://republika.pl/af131313/ "Poszukiwacze skarbów "Underground"" (Obecnie witryna pod tym adresem jest niedostępna.)
  2. Tekst umieszczono jak wyżej wskazując na źródło: artykuł Marka Chromicza zamieszczony w "Nowinach Jeleniogórskich" dnia 29 września 1998 r.
 

jartul@poczta.onet.pl  Uwagi, spostrz jartul@poczta.onet.pl eżenia, sugestie  jartul@poczta.onet.pl